Zachód Madery – wszystko, co warto zwiedzić w tej części wyspy!

Tak, mam ogromne zaległości jeśli chodzi o podróżnicze wpisy, ale zorganizowanie życia codziennego stało się dla nas w ostatnich tygodniach priorytetem. Ale nadrabiam! I właśnie dziś trzeci już wpis z naszej podróży poślubnej na Maderę – tym razem skupie się na zachodzie wyspy. Kto z Was nie widział dwóch poprzednich wpisów, to tutaj piszę o stolicy Funchal, a tutaj o Muzeum CR7.  Gotowi na wycieczkę? Come on!

Na zachód Madery udaliśmy się już drugiego dnia naszego pobytu tutaj. Wypożyczyliśmy samochód na 5 dni, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo zobaczyliśmy wszystko, co mieliśmy w planach i śmiało mogę powiedzieć, że Maderę możemy odhaczyć 🙂 Zwiedziliśmy ją wzdłuż i wszerz 🙂

Pierwszym miasteczkiem, które zwiedziliśmy na zachodzie było Sao Vicente i droga z Funchal zajęła około 30 minut. Do zwiedzania tego urokliwego miasteczka z pewnością nie potrzebujecie mapy – zobaczenie najważniejszych miejsc zajmuje może pół godziny, więc jest to idealne miejsce na pierwszy przystanek. Miasteczko słynie z białego kościoła z drewnianym ołtarzem, który zdecydowanie zachwyca swoim wnętrzem. Kościół znajduje się w samym centrum małego rynku, pomiędzy białymi domkami. Miasteczko leży tuż nad linią brzegową, stąd po krótkim spacerze uliczkami udaliśmy się w stronę szumu fal. Do dziś nie wiem, czy istnieje ścieżka prowadząca na kamienistą, głazową plażę, bo co tu dużo mówić – poszliśmy na łatwiznę. Mimo braku odpowiedniego obuwia, przeszliśmy przez wielkie kamienie i naszym oczom ukazał się taki o to widok… ❤️

Wspomnę jeszcze, że w Sao Vicente znajduje się duży, ogólnodostępny i bezpłatny parking, więc spokojnie możecie zostawić samochód i iść na spacer.
Kolejnym punktem do zwiedzenia w zachodniej części wyspy było miasteczko Seixal, które słynie z naturalnych basenów napełnianych wodą z Atlantyku. Po zaparkowaniu – tym razem na małym, wąskim i znajdującym się tuż nad klifem parkingu – udaliśmy się w dół. Zdecydowanie bardziej polubiłam schodzenie do basenów, niż powrót do samochodu (dawno się tak nie zasapałam 😀 )
Historia mówi, że wstęp na baseny kiedyś był płatny, aktualnie kasa biletowa wygląda na nieczynną od dawna i każdy wchodzi jak i kiedy chce. Spotkaliśmy jednego odważnego, który zażywał kąpieli morskich w tych zimnych wodach – Polaka 😉 Miejsce piękne, magiczne i trochę odrealnione. Niektóre baseny zlokalizowane są całkowicie w jaskiniach, dzięki czemu dopływ słońca, które mogłoby nagrzać wodę jest naprawdę niewielki.

Po przespacerowaniu się pomiędzy basenami i powrocie stromą drogą do samochodu – obraliśmy kierunek Porto Moniz, czyli słynny kurort, gdzie znajdują się wulkaniczne baseny, a to właśnie miejsce uchodzi za jedną z największych atrakcji wyspy wiecznej wiosny.
Przed wejściem na teren obiektu udaliśmy się na obiad w restauracji Cachalote, którą bardzo Wam polecam. Restauracja znajduje się z tyłu oceanarium, tuż przy punkcie widokowym i źródłach. Pyszne jedzenie i super widoki, a do tego pięć minut drogi spacerkiem do wulkanicznych basenów. To właśnie tam jedliśmy obowiązkową do spróbowania potrawę Madery – rybę Espada, czyli pałasza czarnego podawanego z… pieczonym bananem! Tak! Nakładasz jednocześnie na widelec i rybę i banana, a smak? Nieprawdopodobnie dobry, jak na takie połączenie 🙂 Wspomnianą Espadę podają w Restauracji Cachalote z ryżem i krewetkami, ziemniakami i surówkami – porcja nie do zjedzenia 😉 Ale bardzo, bardzo pysznie!

Po obiedzie poszliśmy skorzystać z największej atrakcji – czyli z możliwości popływania w wulkanicznych basenach, do których stale wpływa woda morska. Wstęp kosztuje 1,5 euro i nie ma limitu czasowego. Na miejscu znajdują się przebieralnie z prysznicami, toalety i zamykane szafki. Jest ratownik, sklep z lodami i… dużo ludzi 😉 Jedyny minus to brak możliwości wypożyczenia ręcznika, przez co byliśmy zmuszeni kupić je na pobliskim straganie za ceną dziesięć razy wyższą 😉 Także zabierzcie je ze sobą obowiązkowo!
Miejsce warte polecenia i jedyne takie, które do tej pory widziałam.

Po kąpielach morskich wsiedliśmy w samochód i najbardziej krętą i stromą drogą w naszym dotychczasowym życiu (serio) pojechaliśmy na najdalej wysunięty punkt wyspy na zachód, czyli do Ponta do Pargo. Punkt charakterystyczny tego miejsca to biała latarnia, niczym z książek Nicholasa Sparksa i samochody, które jadą tylko w tym kierunku. Co mam na myśli – jeśli jedzie przed tobą, lub za tobą samochód, to możesz być pewna/y, że to turyści, którzy jadą dokładnie tam, gdzie Ty 😀 Miejsce kompletnie zapierające dech, ale także strasznie wysokie. Fale uderzające o brzeg skalny są tak małe, jak z okna samolotu. Nie ma co ukrywać – osoby z lękiem wysokości mogą sobie je od razu odpuścić, lub zostać w aucie i tam czekać na swoją drugą połówkę – jak mój mąż 😉 Ale spójrzcie tylko na te widoki! Czyż tam nie jest pięknie?

Po wizycie na szczycie postanowiliśmy trochę “zejść na ziemię” i udaliśmy się do wypoczynkowej miejscowości Calheta, która słynie z jednej z trzech piaszczystych plaż na wyspie. Nie, nie jest to tutejszy piasek, został nawieziony z Maroka. Miejsce typowo turystyczne, z fajną kawiarnią tuż przy plaży. Moja rada: jeśli wydaje Wam się, że nikt w tej “dziurze” nie sprawdza biletów parkingowych to tak, wydaje Wam się 😛 Opłaćcie bilet w parkomacie, bo zastaniecie taką samą niespodziankę po powrocie, jak my😉

Po spędzeniu slow czasu w Calheta wróciliśmy do hotelu. Wieczór spędziliśmy nad basenem, podziwiając zachód słońca. Na zwiedzenie wyżej opisanych miejsc spokojnie wystarczy Wam jeden, niepełny dzień. Mam wrażenie, że zachód Madery jest trochę dziki, trochę nieodkryty. Jedno jest pewne – ma on w sobie mnóstwo do zaoferowania!

Gdzie wybraliśmy się kolejnego dnia? O tym w następnym podróżniczym wpisie! 🙂

Miłego wieczoru,

A.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.